Tomasz Sewastianowicz: Długo uczył się pan mówić po polsku?

Daniel Gedacht:
Polskiego zacząłem uczyć się ponad 10 lat temu w ramach przygotowań do swojej pierwszej placówki w ambasadzie USA w Warszawie. Wtedy byłem w Polsce jako wicekonsul od 2005 do 2007 roku. Tak mi się spodobało, że w lipcu 2014 roku wróciłem z rodziną i teraz jestem tu drugi raz. Służę ponownie jako zastępca konsula generalnego.

Najtrudniejsze polskie słowa?

Moje korzenie sięgają do Szczebrzeszyna. Dlatego nazwa "Szczebrzeszyn" była dla mnie najtrudniejszym słowem po polsku.

W pańskich żyłach krąży polska krew?

O tak, mam głębokie korzenie w Polsce. Chociaż troje z moich dziadków urodziło się w Stanach Zjednoczonych, mogę prześledzić swoje drzewo genealogiczne ponad 175 lat wstecz do Lubelskiego - Kraśnik, Annopol i właśnie Szczebrzeszyn. Mój dziadek ze strony ojca urodził się w Biłgoraju, ale wyemigrował do USA wraz z rodziną jako dziecko. Byłem w Biłgoraju wiele razy.

Co zdziwiło pana pierwszego dnia w Polsce?

Drogi poza Warszawą. Kiedy przyjechałem do Polski pierwszy raz 10 lat temu, jazda samochodem była bardzo ciekawym przeżyciem, wręcz ekstremalnym. Zwłaszcza, że dużo podróżowałem - wybrałem się na Mazury, w Lubelskie, do Poznania.

Przed drugim przyjazdem do Polski pracowałem w Indiach. Kiedy ponownie przyjechałem do Warszawy byłem zdziwiony, że od razu poczułem się tu znów jak w domu. Mimo 10-letniej przerwy wiedziałem gdzie jest sklep, szkoła, plac zabaw dla dzieci, pamiętałem ulice. To mi pomogło w szybkiej aklimatyzacji. Teraz infrastruktura drogowa jest znacznie lepsza - są autostrady, jeździ się wygodniej. Nie ma już tyle stresu.

A kierowcy?

W Warszawie bywają agresywni. Ale na widok mojego malucha zmieniają swój charakter - wtedy jestem dla nich "nice guy". Zatrzymują się, pytają: "O maluch i na dyplomatycznych numerach? Jakim cudem? Co to jest?". Ludzie trąbią, machają. Krzyczą: "Super! Fajny samochód." Raz na skrzyżowaniu usłyszałem klakson czegoś wielkiego, a obok zatrzymał się "Polski Bus". Jego kierowca proponował mi wymianę autokaru na mojego malucha.

Dlaczego maluch, a nie jeep czy inna ikona amerykańskiej motoryzacji?

Mamy czworo dzieci i jeden duży, rodzinny samochód. Każdy dzień zaczynam od siłowni przed pracą, a stanie na przystanku o godz. 5.30 nie należy do przyjemności. Żona stwierdziła, że musimy mieć drugie auto. Nie chciałem nic drogiego, dlatego Ester zaproponowała mi malucha. Początkowo nie byłem przekonany, jednak ostatecznie uznałem to za dobry pomysł - fiacik okazał się zabawny, ciekawy i z duszą. A do tego wzbudzający sentyment w Polakach.

Skąd w ogóle pomysł na malucha? Przecież jest tyle innych niewielkich samochodów?

Wszyscy amerykańscy dyplomaci uczą się języka polskiego z programu "Uczmy się polskiego". Właśnie tam ponad 10 lat temu pierwszy raz zobaczyłem malucha. Byłem zdziwiony, że w ogóle istnieją samochody tej wielkości. Mój nauczyciel wyjaśnił mi, że to jest ten słynny polski mały fiat, czyli maluch. Na żywo fiata 126p zobaczyłem w 2005 roku, kiedy przyjechałem do Polski - stał zaparkowany przed domem sąsiada. To był jego samochód od 20 lat - w dobrym stanie, zadbany.

A mojego malucha znalazłem przez internet w Radzyminie. Pojechałem tam z dziećmi, one od razu go polubiły - nazwały go "he maluch". Nie było wyjścia, kupiłem małego fiata, a tydzień później był już zarejestrowany i mój. W miarę jeżdżenia stopniowo zdawałem sobie sprawę, że istnieje duży związek między Polakami a tym niewielkim autem. Maluch ciągle żyje w ich sercach. To był pierwszy zwykły samochód dla wszystkich, kawałek duszy tego kraju.

Jak mustang w USA?

Chyba nawet bardziej. W Stanach kiedy mówię, że mam mustanga słyszę "o cool!". Ale jeśli w Polsce teraz jeżdżę maluchem, niemal wszyscy dzielą się ze mną swoimi wspomnieniami - koledzy z pracy rozpamiętują fiacika jako pierwszy samochód - swój albo swoich rodziców. Opowiadają o podróżach maluchem, w którym mieściło się siedem, osiem osób, kotek, pies, a walizki były na dachu. Nie wiem jak była możliwa podróż fiacikiem do Hiszpanii. Niemal wszyscy w Polsce mają swoją niepowtarzalną przygodę związaną z tym autem. Dzięki temu wiem, że to nie jest zwykły samochód, a solidna część polskiej historii.

Jak koledzy i szef zareagowali na malucha?

Początkowo myśleli, że to żart i samochód nie jest mój. Pierwszego dnia dla Polaków pracujących w ambasadzie była to wzruszająca niespodzianka. Amerykanie byli zaskoczeni. Po pewnym czasie zrozumieli jednak, że dla mnie maluch znaczy więcej niż koła i blacha. Dziś są bardzo zadowoleni, że mamy fiata 126p w ambasadzie - mój maluch połączył Amerykę z Polską i jej historią.

Ambasador Paul Jones długo opierał się przed podróżą w fotelu pasażera?

Pan ambasador jest wysokim człowiekiem, więc trudno było mu się zmieścić. Ale udało się i był zadowolony z przejażdżki. A kiedy dowiedział się, że ten samochód ciągle żyje w sercach Polaków, uznał go za świetny łącznik polsko-amerykański.

Chyba lubi pan auta?

Ogólnie tak, ale nie jestem typowym "car guy" szalejącym za samochodami. Nie jestem mechanikiem. Jednak posiadanie malucha uświadomiło mi, że nie mam wyjścia i kilku warsztatowych sztuczek i pojęć musiałem się nauczyć.

Na przykład jakich?

Dzięki fiacikowi poznałem, co to są "wahacze", choć do dziś nie wiem, jak to brzmi po angielsku (śmiech). No i wiem, co to jest "ssanie" - nie sądziłem, że w języku polskim istnieją słowa z podwójnym "s". Wreszcie musiałem też kupić "prostownik", bo w maluchu jest niemal tak niezbędny jak benzyna - zawsze muszę mieć go w aucie.

Nie wkurza ciasnota i brak bajerów?

Przyznaję, że gdy pierwszy raz wsiadłem za kierownicę, największym szokiem był dla mnie mały kokpit. Brakowało radia, ale zamontowałem głośnik z bluetooth i dzięki łączności ze smartfonem mam muzykę.

Upał w kabinie nie daje się Panu we znaki? W maluchu musi być gorąco jak na pustyni w Nevadzie.

To jest prosty samochód, jednak działa i jeździ. W dodatku ekonomicznie - tankowanie do pełna kosztuje chyba 60 zł, a paliwa wystarcza mi na dwa tygodnie. Klimatyzacji nie ma, ale mogę otwierać okna z lewej i prawej strony kręcąc korbkami jednocześnie. Jest cool, mam klimatyzację, chłodzi mnie pęd powietrza :)

Ale mimo wszytko to nie corvette?

Nie jeżdżę szybko. Zazwyczaj podróżuję 60 km/h. Raz rozpędziłem się do 80 km/h. Wszyscy wiedzą, jakie maluch ma hamulce, dlatego mam do nich ograniczone zaufanie. Nie jest to też demon przyspieszeń, każdy manewr muszę przemyśleć, upewnić się przed zmianą pasa ruchu. Sądzę, że przez swoje skupienie na drodze jestem lepszym kierowcą w maluchu niż użytkownicy nowoczesnych aut z mnóstwem systemów.

Czyli w sidła polskiej drogówki jeszcze nie udało się wpaść?

Zostałem zatrzymamy raz w Warszawie i to za kierownicą malucha, ale nie przez jakiekolwiek wykroczenie. Pasy miałem zapięte, światła włączone, wszystko było OK, dlatego się zdziwiłem. Policjant zapukał w szybkę, odkręciłem ją, a on wypalił: "Proszę pana, to jest naprawdę dyplomatyczny maluch? Prywatny czy służbowy?". Kamień spadł mi z serca, powiedziałem mu, że jestem dyplomatą, a auto zarejestrowano na ambasadę USA. Spytał jeszcze, czy zabieram malucha do Ameryki. Na koniec pożartowaliśmy. To było miłe doświadczenie.

Właśnie, a jak polski fiacik spisywałby się w USA?

Kiedy kupiłem swojego malucha, zajrzałem do internetu. Okazało się, że nie byłby samotny - w USA jest kilka tysięcy małych fiatów.

Maluch leci z panem?

Tak. I nie tylko do USA, ale do innych krajów także. Tak jak Polacy 30 lat temu jeździli maluchem do Hiszpanii, byłoby fajnie zorganizować jakąś długą wyprawę małym polskim fiatem.