Łukasz Głowniak z Kąkolewnicy koło Radzynia Podlaskiego jest też jednym z bohaterów nowego programu "Polscy truckersi", który debiutuje na kanale Discovery Channel. W rozmowie z dziennik.pl ujawnia, dlaczego Moskwy unika jak ognia i jak mundurowi ze wschodu reagują na Polaków.

Tomasz Sewastianowicz: Dlaczego został pan kierowcą TIR-a?

Łukasz Głowniak: Zmusiła mnie do tego sytuacja życiowa. Od razu po maturze zatrudniłem się jako zootechnik, wybrałem też studia na tym kierunku, ale straciłem tę pracę. Siłą rzeczy zrezygnowałem też z dalszej nauki. Chciałem znaleźć normalne płatne zajęcie gdzieś w pobliżu rodzinnej Kąkolewnicy, ale to nie było możliwe. Lubelszczyzna to niestety jeden z najbiedniejszych regionów Polski. Zdarzało się, że zarabiałem maksymalnie 900 złotych na rękę. Jak za to przeżyć? Przecież mam na utrzymaniu żonę i dzieci.

Wybór był prosty?

Wiedziałem, że w moim regionie normalne zarobki mają jedynie kierowcy. Głodowa pensja sprawiała, że jako jedyny żywiciel rodziny stanąłem przed wyborem - albo przyzwoite pieniądze kosztem wielu dni spędzonych w ciężarówce, albo przygnębienie i brak perspektyw. Zostałem więc truckerem i wyspecjalizowałem się w przewożeniu towarów na wschód Europy. Od pięciu lat mam własną firmę. Przeważnie jeżdżę do Rosji; na Ukrainie już dawno nie byłem.

Dlaczego akurat tam?

Mieszkam na Lubelszczyźnie, a to oznacza, że mam stąd znacznie bliżej do Rosji niż do np. Francji. Poza tym ciągnie mnie ich egzotyka, Zachód jest dla mnie znajomy i bezpieczny. Wschód - zupełnie inny. Każda trasa to wyzwanie.

I co pan wozi do Rosji?

Wszystko, poza produktami żywnościowymi, bo nie mam chłodni tylko plandekę. Rosja to rynek bez dna. Co by się tam nie zawiozło, to i tak będzie mało. Poczynając od kosmetyków, przez materiały budowlane aż na regałach sklepowych kończąc. Na wszystko jest zapotrzebowanie.

Jest bezpiecznie, jeśli uwzględnić konflikt rosyjsko-ukraiński?

Nie czuję jakiegokolwiek zagrożenia. Myślę, że w Rosji robi się teraz coraz bezpieczniej. W Polsce ukradli mi paliwo trzy razy, a w Rosji czy na Białorusi ani razu. Nie boję się, kiedy jadę do Rosji, tam na parkingach jest ochrona, prysznice i zdarza się nawet Wi-Fi. Chociaż, muszę przyznać, Moskwy unikam jak ognia. Nie lubię tam jeździć.

Dlaczego?

Bo panuje tam dzika kultura jazdy. Cwaniactwo. Nawet w Rosji nie przepadają za moskwianami. Ostatnio w Petersburgu opowiadał mi starszy pan, że u nich też nikt nie lubi osób ze stolicy. Moskwa to potężna aglomeracja, korki, w niektórych dzielnicach panuje złodziejstwo. Zdarza się, że w nocy do Polaka na parkingu podjeżdża kilku "bez szyi" z bronią w ręku i żądają 100 euro za ochronę. Policja nic z tym nie robi.

W ogóle poza Moskwą ludzie są bardziej gościnni. A w Petersburgu odnoszę wrażenie, że im się wydaje, że są bardziej w Skandynawii niż w Rosji. Tam jest życzliwość, inna kultura jazdy.

To prawda, co mówi się o drogach na wschodzie?

Urywający się asfalt nie robi na mnie wrażenia. W Rosji najgorsza jest zima, a to ze względu na ich styl jazdy. Jest ślisko, a ktoś potrafi mnie wyprzedzić ładą i nagle przed maską dać po hamulcach, żeby na przykład skręcić. Do tego jeszcze nieprzewidywalna pogoda - raz świeci słońce, jest -15 czy -30 stopni Celsjusza, a raz - śnieżyca.

Co pan zabiera ze sobą w podróż?

Wodę pitną, bo tamtejsza jest cuchnąca. Mam jej ze sobą około 30 litrów, prosto ze studni głębinowej. Jeśli chodzi o jedzenie, to wolę mieć więcej niż mniej, a to dlatego, że z ich służbami celnymi jest jak z rosyjską ruletką - raz mogą mnie tam trzymać tylko jeden dzień, a innym razem nawet tydzień. Wszystko przez biurokrację - jeśli celnikom rosyjskim coś się nie spodoba w papierach, to potrafią aresztować towar z samochodem, no i z kierowcą.

Jak w ogóle rosyjska policja czy białoruska milicja reagują na Polaka kierowcę?

11-12 lat temu, kiedy zaczynałem jeździć, to przy byle stłuczce zawsze winny był Polak. Teraz rosyjska policja inaczej podchodzi do każdej sytuacji. Choć droga do Moskwy jest tak obstawiona przez drogówkę i białoruską inspekcję transportu, że to się w głowie nie mieści.

Dla bezpieczeństwa?

A skąd! Dla nich każdy Polak to źródło dochodu. Bywało tak, że na 450 km od granicy z Białorusią do rogatek Moskwy zatrzymywali mnie cztery razy. Ostatnio już nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać, a mundurowy do mnie: "Co się śmiejesz?". Odpowiedziałem: "Jesteś już czwarty, a papiery mam w porządku". Słyszę: "I co z tego? Trzeba sprawdzać. Przecież wcześniej mogłeś patrolowi dać na piwko". A ja na to "No to masz i ty".

Temu też dał pan łapówkę?

W Rosji to tak działa. Ich nie interesuje, że mam wszystkie papiery sprawdzone i ostemplowane. Za 200 km znowu zatrzymują i twierdzą, że wcześniej dałem łapówkę, a jemu też się należy - inaczej zacznie mnie kontrolować jeszcze raz.

Już przekraczając granicę na Białorusi, trzeba się mieć na baczności. Za każdym razem dokładnie sprawdzam przewożony ładunek, bo nawet za przekroczenie wagi towaru o kilka kilogramów, mogę solidnie oberwać po kieszeni. Rosyjskim "transportnikom" nigdy się nie spieszy, oni zawsze mają czas. Zdarzało się, że potrafili mnie trzymać na cle po 8-9 dni

Lepiej więc płacić dla świętego spokoju?

Gdyby każdy Polak szedł w zaparte i nie dawał, to może by się oduczyli. A tak szkoda czasu - jeśli nie zapłacisz, wtedy oni wymyślą jakąś głupotę np. butlę z gazem potraktują jako bombę i nastraszą mnie mandatem. Dlatego lepiej dać 100 czy 200 rubli, czyli ok. 6-12 zł, to nie jest dużo, a przynajmniej jest święty spokój. Krótko mówiąc, do Rosji bez ropy bym pojechał, ale bez łapówki to już bym nigdzie nie pojechał.

A ukarali pana kiedyś mandatem w Rosji?

Zdarzyło się, ale dawno - wtedy, kiedy jeszcze mandat opłacało się tylko w banku w tym województwie, w którym się go dostało. Pamiętam, że mandat wynosił 50 rubli. Po dwóch latach zatrzymuje mnie drogówka i twierdzi, że nigdzie dalej nie pojadę, tylko pójdę siedzieć do "ciurmy" (więzienie). A wszystko przez niezapłaconą grzywnę. Po chwili mundurowy stwierdza jednak, że za 1000 euro mogę jechać dalej.

Powiedziałem mu, że idę do samochodu, spakuję się, zadzwonię do żony i powiem, że nie wracam. Rosjanin na to: nie, nie, to 100 euro. Kiedy zobaczył, że się go nie przestraszyłem, ostatecznie skończyło się chyba na 50 euro do ręki.

Następnym razem gdzieś w Moskwie znalazłem bank i zapłaciłem zaległy mandat z nawiązką - teraz wożę ze sobą dowód wpłaty jako zabezpieczenie.

Jak pan odreagowuje trasę już po powrocie do domu?

Mam swoją pasję - jestem motocyklistą. W garażu trzymam trzy zabytkowe motocykle - WFM w stanie oryginalnym z 1960 roku, urala M63 z koszem i urala K750 także z koszem. Gdyby nie to, że mam żonę i dzieci, to wiecznie bym siedział w garażu.