Udział elektrycznych aut w ogólnej liczbie samochodów jeżdżących po europejskich drogach trudno nawet nazwać niszą. Z badań przeprowadzonych na potrzeby międzynarodowego projektu eMAP wynika, że w 2012 r. w Niemczech takich pojazdów zarejestrowano ponad 7,1 tys., w Finlandii - 109 sztuk, a w Polsce - zaledwie 34. A branża szacuje, że dziś po naszych drogach jeździ ich nie więcej niż 100–150.

Producenci, nie widząc zainteresowania wśród zwykłych kierowców, swoje kroki skierowali ku miejskim urzędnikom. I rzeczywiście, wydający nie swoje pieniądze biurokraci stają się coraz bardziej przekonani do tego typu pojazdów. Testują je, a bywa, że i decydują się na drogie cacka.

Do końca tego roku Gdańsk zamierza kupić cztery fabrycznie nowe auta elektryczne. Użytkować je będą: urząd miejski, Zarząd Dróg i Zieleni, straż miejska oraz Miejski Ogród Zoologiczny. Biorąc pod uwagę średnie ceny takich pojazdów, koszt zakupu wyniesie co najmniej pół miliona złotych. Oprócz tego miasto wyda 100 tys. zł na wybudowanie stacji ładowania aut elektrycznych.

Katowice również się skusiły. - Urząd miasta posiada jeden samochód elektryczny Mitsubishi i-MiEV, kupiony w grudniu 2012 r. za ok. 120 tys. zł - informuje Dariusz Czapla z biura prasowego tamtejszego magistratu.

Wrocław ma z kolei plany zdystansowania w tej kwestii innych miast. Władze zainteresowane są uruchomieniem tam sieci wypożyczalni samochodów elektrycznych e-car. Gdy tylko ogłosiły przeprowadzenie dialogu technicznego (w celu poznania dostępnych na rynku rozwiązań przed rozpisaniem przetargu i określenia wymogów), do rozmów zgłosiło się 18 firm.

Warszawa należy za to do miast testerów i jest na etapie sprawdzania możliwości samochodów napędzanych prądem. Do 29 stycznia 2015 r. urzędnicy będą korzystać z dwóch ekoaut. Użyczyła je bezpłatnie jedna z firm. - Miasto użytkuje te samochody również w celach testowych i ewentualnego rozważenia w przyszłości wyposażenia w samochody elektryczne zasobów kolumny transportu - przyznaje Tomasz Demiańczuk z ratusza. Na razie stolica przymierza się do zakupu 10 elektrobusów od firmy Solaris - za niemal 22 mln zł. Dla porównania, za niemal taką samą kwotę Olsztyn kupił w tym roku 18 niskopodłogowych autobusów.

Wyraźniejsze zainteresowanie samorządów drogimi samochodami elektrycznymi może dziwić, zwłaszcza widząc znikome zainteresowanie tymi nowinkami wśród zwykłych kierowców i firm flotowych. Jak wynika z analiz Instytutu Transportu Samochodowego (370 indywidualnych ankiet i 20 ankiet dla flot), osoby planujące zakupy samochodów osobowych, którymi zastąpią dotychczas użytkowane, w większości (około dwóch trzecich) biorą pod uwagę zakup używanych, tańszych pojazdów. Jedynie jedna czwarta w swoich decyzjach przedkłada czynnik mniejszej emisji dwutlenku węgla nad cenę samochodu. Niechętne są też firmy. Aż 70 proc. respondentów w przedsiębiorstwach zarządzających flotami jest zdania, że aspekt ekologiczny ma niewielki wpływ na wizerunek firmy.

Dla ankietowanych, przy ewentualnym rozważaniu kupna ekoauta, kluczowe znaczenie miałyby takie czynniki, jak: cena pojazdu, dostępność publicznych miejsc ładowania oraz bonusy związane z jego zakupem (np. darmowy parking w mieście). O ile pewne udogodnienia dla właścicieli elektrycznych aut kilka miast w Polsce wprowadziło, o tyle w pozostałych kwestiach samochody te przegrywają ze spalinowymi na całej linii. Przede wszystkim są nawet 2-3-krotnie droższe od tradycyjnych aut. Poza tym nawet w największych aglomeracjach w Polsce jest co najwyżej po kilkanaście stacji ładowania, co stanowi poważny problem przy niewielkim zasięgu ekopojazdu.

Samorządy odpierają zarzuty, że swoje inwestycje w auta na prąd czynią pod wpływem lobbingu producentów. Jak wyjaśnia Piotr Sołtysek, pełnomocnik prezydenta Bielska-Białej ds. zarządzania energią, ustawa o efektywności energetycznej obliguje gminy do podejmowania działań związanych ze zmniejszaniem ilości używanej energii, co w efekcie przekłada się na niższe koszty. – W ustawie jest wykaz działań, z których przynajmniej dwa w ciągu roku gmina powinna wykazać, np. termomodernizacja budynków czy stosowanie kolektorów słonecznych - tłumaczy Sołtysek. Choć jednocześnie przyznaje, że w warunkach polskich samochody elektryczne są raczej słabo ekologiczne. - Prąd w Polsce jest wytwarzany w 90 proc. z węgla kamiennego i brunatnego. Emisję spalin przenosi się więc z rur wydechowych do kominów sieci ciepłowniczych. We Francji połowa energii pochodzi z atomu, w Niemczech odnawialne źródła energii dają ok. 30 proc. energii - dodaje.