Spośród stu największych zakładów motoryzacyjnych na Starym Kontynencie (wliczana jest w to produkcja samochodów osobowych, dostawczych, ciężarówek, autobusów i silników) aż 58 wykorzystuje obecnie mniej niż 75 proc. mocy produkcyjnych, czyli na poziomach zazwyczaj oznaczających deficytowość – wynika z raportu firmy konsultingowej Alix Partners. Jeszcze rok temu takich fabryk było 39.

– Jeśli zakład pracuje na 90 proc. mocy produkcyjnych, zarabiasz pieniądze. Ale jeśli wykorzystanie jest na poziomie 70 czy 60 proc., tracisz więcej pieniędzy, niż możesz sobie wyobrazić – mówi dziennikowi „Wall Street Journal” John Hoffecker, dyrektor zarządzający Alix Partners.

Są jednak zakłady, które działają znacznie poniżej progu opłacalności. Zmodernizowana w 2005 r. fabryka Renault w podparyskim Flins wykorzystuje połowę możliwości. Dwie inne tego samego producenta – w Douai i Sandouville – to odpowiednio 36 i 34 proc. Na początku roku Renault, który w 15 proc. jest własnością skarbu państwa, próbował zredukować liczbę zakładów. Po rozmowach ze związkami zawodowymi stanęło na tym, że wszystkie fabryki zostaną utrzymane, zmniejszone zostanie jedynie zatrudnienie. Innemu francuskiemu koncernowi, PSA Peugeot Citroen, po wielkich bojach udało się uzyskać porozumienie ze związkami w sprawie zakończenia produkcji w Aulnay, ale cztery inne fabryki pracują poniżej 75 proc. mocy.

Nie jest to zresztą problem tylko Francuzów. Ford zamyka dwie fabryki w Europie, a trzy inne są mocno niewykorzystywane. Należący do General Motors Opel – ma takich pięć. Nawet te firmy, które mimo kryzysu w branży są wciąż dochodowe, również pracują poniżej progu 75 proc. Volkswagen ma pięć takich zakładów, Mercedes-Benz – trzy, a BMW – dwa.

Wskutek oporu związków zawodowych na wielką restrukturyzację się nie zanosi. Tymczasem jej pozytywne efekty pokazuje przykład amerykański. Po wybuchu globalnego kryzysu dwa z trzech wielkich koncernów z USA – General Motors i Chrysler – zbankrutowały i zostały przejęte przez państwo. Warunkiem pomocy publicznej było ograniczenie liczby marek i modeli, zamknięcie nierentownych fabryk i zwolnienie pracowników. Skutek tej kuracji jest taki, że obaj producenci dziś przynoszą zyski.

A w Europie na samoistną poprawę sytuacji nie ma co liczyć, co pokazują wczorajsze dane ACEA (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów) o sprzedaży nowych pojazdów. W maju zarejestrowano po raz pierwszy 1,05 mln samochodów, co oznacza 5,9-proc. spadek rok do roku i najgorszy majowy wynik od 1993 r. Na dodatek może się okazać, że kwietniowy wzrost sprzedaży – pierwszy od 19 miesięcy – był tylko przerywnikiem i dno kryzysu nie zostało jeszcze osiągnięte. Wszystko wskazuje, że bieżący rok będzie szóstym z rzędu, w którym sprzedaż samochodów w Europie spadnie. Odbicia analitycy spodziewają się dopiero w 2015 albo 2016 r.

12 053 904 nowe samochody sprzedano w 2012 r. w UE oraz Szwajcarii, Norwegii i Islandii. To najniższy wynik od 1995 r.

4 proc. o tyle ma spaść tegoroczna sprzedaż samochodów w Europie w stosunku do roku ubiegłego. W skali całego świata sprzedaż wzrośnie o 3 proc.