Trwają też spory co do miejsca ich lokalizacji. Bo jaki jest sens ustawiania urządzenia kontrolującego prędkość tuż za znakiem oznajmującym konieczność zwolnienia. Zwłaszcza jeśli znajduje się on po długim odcinku umożliwiającym szybką jazdę.

Ale strona rządowa broni pomysłu. Stoi na stanowisku, że montowanie fotoradarów, niemal na każdym zakręcie, w każdej gminie czy wiosce, przyniesie poprawę bezpieczeństwa właśnie poprzez zwiększoną kontrolę prędkości na drogach. Jednak wszyscy inni, którzy nie są w żaden sposób zobowiązani do poprawności politycznej, mówią krótko: to skok na kasę obywateli.

Prawda jak zwykle leży pośrodku. Jeżeli będzie więcej radarów, kierowcy zapewne będą bardziej uważać. W konsekwencji wypadków powinno być mniej, choć pewności nigdy nie ma. Z drugiej jednak strony gdyby chodziło tylko o bezpieczeństwo, każdy dostawałby upomnienie lub pouczenie, a nie mandat na kilkaset złotych. Pytanie też, jak będzie ustawiony radar. Granica tolerancji może być taka, że błyśnie on dopiero po przekroczeniu prędkości np. o 30 km/h.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że obywatel „bombardowany” fotoradarami ma prawo mieć wrażenie, że jest coraz bardziej represjonowany przez państwo. Gdzie się nie ruszy, trzeba na wszystko uważać. Jak nie podwyżki za wywóz śmieci czy drożejące bilety lokalnej komunikacji, to podwyżki podatków. Nawet w samochodzie obywatel, a zazwyczaj właściciel pojazdu, nie czuje się bezpieczny. Musi się pilnować, by nie dać się złapać „elektronicznemu policjantowi”.

Wiele samorządów już wcześniej odkryło żyłę złota i czerpało pełnymi garściami z możliwości radarowych. Niektóre gminy zarabiają na tym miliony. Straż miejska staje się maszynką do robienia pieniędzy, których w samorządach przecież bardzo brakuje. Również w Gubinie taki pomysł swego czasu był brany pod uwagę. Po wyliczeniu wszystkich za i przeciw umarł jednak śmiercią naturalną. Gubin to typowe miasto przygraniczne, które wciąż żyje z handlu. Niemcy bardzo chętnie korzystają z dobrego kursu euro oraz niższych cen w Polsce. Jeżeli zaczęlibyśmy ich kontrolować na rogatkach miasta, zapewne skończyłoby się to tym, że pieniądze, które mieli na zakupy u naszych przedsiębiorców, zostałyby przejęte przez miasto.

Prawdopodobne jest także to, że taki potencjalny klient mając tego rodzaju doświadczenia, w następny weekend pozostałby w domu. Fama o pazernych strażnikach miejskich szybko rozeszłaby się po drugiej stronie Nysy, więc miasto (a przede wszystkim drobny handel) na pewno by na tym straciło.

Kolejnym minusem instalacji całego systemu dbania o bezpieczeństwo na drogach poprzez fotoradary, lub jak mówią inni systemu łupienia kierowców jest kosztowna obsługa. Aby skutecznie ściągać kasę od drogowych bandytów, należałoby zatrudnić kolejne kilka osób do obróbki zdjęć, wysyłania mandatów, ewentualnie kierowania spraw do sądu. Innym wariantem byłoby dodanie pracy pięciu już zatrudnionym strażnikom miejskim. W konsekwencji zamiast codziennej wizyty przed szkołą lub przedszkolem strażnicy miejscy staliby się urzędnikami obrabiającymi stertę mandatów.

Dziś ciągle jeszcze można śmiało powiedzieć, że Gubin oraz wiele innych podobnych miast są wolne od fotoradarów. Strażnicy miejscy stawiają bardziej na prewencję oraz zapobieganie łamania prawa niż karanie mandatami. Ich obecność przy placówkach oświatowych w połączeniu z monitoringiem odstrasza potencjalnych handlarzy narkotykami, którzy są o wiele groźniejsi niż piraci drogowi. Niemcy w dalszym ciągu wspomagają rodzimy handel. I wszystko jakoś się kręci.

Podsumowując fotoradarowe rozważania, warto powiedzieć, że doraźne korzyści wcale nie muszą oznaczać zysku w dłuższym terminie. Łatanie dziur budżetowych pieniędzmi z mandatów nie zastąpi poważnej reformy finansów publicznych czy gminnych. Tak naprawdę prawdziwe rezerwy tkwią gdzie indziej. Prawdziwą sztuką jest właśnie dostrzeżenie tych potencjałów, a następnie ich uwolnienie. W przeciwnym razie każdy obywatel będzie miał wrażenie, że państwo ma nieustającą wolę sięgania do jego kieszeni, niewiele dając w zamian.

Łatanie dziur budżetowych pieniędzmi z mandatów nie zastąpi poważnej reformy finansów publicznych czy gminnych