Według prokuratury zebrany w sprawie materiał dowodowy, a także przeprowadzone postępowanie sądowe potwierdziły, że Z. jechał brawurowo. Feralnego dnia mężczyzna stwarzał duże zagrożenie dla innych, umyślnie naruszając zasady ruchu drogowego, co w konsekwencji doprowadziło do tragicznego wypadku - mówiła przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa prok. Urszula Jasik-Turowska.

Gdyby oskarżony jechał zgodnie z przepisami, to do tego wypadku by nie doszło. Zapomniał, że jedzie jedną z głównych ulic miasta, a nie bierze udziału w wyścigu czy rajdzie Paryż-Dakar - powiedziała prokurator w mowie końcowej. Wniosła o uznanie winy Z. i o wymierzenie mu kary czterech lat więzienia i 10-letniego zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych.

O uznanie winy wniósł także mec. Tadeusz Wolfowicz, pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej - narzeczonej dziennikarza motoryzacyjnego "Super Expressu" Jarosława Zabiegi, który - jadąc autem z Z. - zginął w tym wypadku.

Wolfowicz poparł prokuraturę; dodał, że dwaj świadkowie zeznający w tej sprawie wskazywali, że to Maciej Z. kierował ferrari. Mecenas kilkakrotnie podkreślał, że tuż przed wypadkiem samochód jechał z prędkością 150 km/h - na odcinku, gdzie obowiązywało ograniczenie do 50 km/h.

Oskarżony niewątpliwie umyślnie naruszył normy prawa drogowego - powiedział Wolfowicz.

Z kolei obrońca Z. mec. Grażyna Flis mówiła przed sądem, że w sprawie jest wiele wątpliwości co do winy Z., a zeznania świadków co do tego, kto kierował feralnym ferrari, są sprzeczne. Dodała, że tego dnia i Zabiega, i Z. "próbowali" samochód, który był wypożyczony na potrzeby realizowanego przez nich programu telewizyjnego.

Flis dodała, że nikt do końca nie wie, kto przed wypadkiem wsiadł za kierownicę auta.

Było późno i ciemno. Samochód poruszał się z dużą prędkością. Trudno jest dać wiarę w 100 procentach dwóm świadkom. Nie można na tej podstawie skazać człowieka - mówiła Flis. Dodała, że sam Z. już poniósł karę, bo do końca życia będzie kaleką i nie będzie już w stanie nigdzie pracować.

Czerwone ferrari prowadzone - według oskarżenia - przez Z. rozbiło się w lutym 2008 r. o filar wiaduktu na warszawskim Mokotowie. Samochód jadący z prędkością 150 km/h - na odcinku, gdzie obowiązywało ograniczenie do 50 km/h - rozpadł się i stanął w płomieniach. Na miejscu zginął jadący autem dziennikarz motoryzacyjny "Super Expressu" Jarosław Zabiega. Maciej Z. został ciężko ranny, długo był w śpiączce.

W lipcu 2008 r. mokotowska prokuratura wydała postanowienie o zarzutach dla Z., ale ze względu na zły stan zdrowia długo nie mógł on brać udziału w czynnościach. Śledztwo wznowiono w lipcu 2010 r., gdy biegli uznali, że Z. można już przesłuchać. We wrześniu 2010 r. przedstawiono mu zarzut spowodowania wypadku przez naruszenie zasad bezpieczeństwa przez niezmniejszenie prędkości. On sam oświadczył, że nie pamięta wypadku i odmówił wyjaśnień. Prokuratura wysłała sądowi akt oskarżenia w październiku 2010 r.

Za nieumyślnie spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.