Koreański koncern wypowiedział Szymczykowi umowę w listopadzie zeszłego roku, po blisko czterech latach współpracy.

– O zerwaniu naszej współpracy z Lechem Szymczykiem zdecydowały względy finansowe. Trzymaliśmy go na kroplówce przez kilka lat. W końcu doszliśmy do wniosku, że należy z tym skończyć – mówi Wojciech Szyszko, dyrektor zarządzający Kia Motors Polska. Dodaje, że importer ma prawo kształtować swoją sieć zgodnie z przyjętymi standardami, a Lech Szymczyk ich po prostu nie spełniał. Wskazuje przede wszystkim na jego złą sytuację finansową. – Nie miał pieniędzy i był zadłużony do tego stopnia, że nie stać go było nawet na samochody demonstracyjne – mówi Szyszko.

Szymczyk odpiera zarzuty i mówi, że do jego trudnej sytuacji finansowej przyczynił się sam importer, który zgodził się na otwarcie innego salonu sprzedaży Kii niemal po sąsiedzku. W marcu 2009 r. salon Kii przy Połczyńskiej w Warszawie otworzył Carserwis. Do tego momentu – tak twierdzi Szymczyk – przez dwa lata sprzedaż szła znakomicie. Świadczy o tym regularnie, co kwartał, wypłacany Szymczykowi przez importera bonus sprzedażowy. To premia za wykonanie planu przyjętego na początku każdego roku, która przy niskich marżach ze sprzedaży aut tak naprawdę pozwala dilerowi kontynuować działalność gospodarczą. Gdy pojawił się konkurent, Kia podniosła Szymczykowi poprzeczkę. W 2010 r. miał sprzedać 400 samochodów, czyli dwa razy więcej niż rok wcześniej, gdy nie miał w bliskim sąsiedztwie bezpośredniej konkurencji. – To był nierealny plan – mówi Szymczyk.

Szyszko w dopuszczeniu konkurenta nie widzi nic złego. – Zgodnie z przepisami GVO (regulują ten segment rynku w UE – przyp. red.) diler, który spełnia standardy koncernu, tylko nas informuje o otwarciu punktu sprzedaży, a my musimy to zaakceptować – mówi dyrektor zarządzający Kia Motors Polska. Także sam Szymczyk przyznaje, że nikt mu nigdy nie obiecywał wyłączności na handel koreańskimi samochodami na Połczyńskiej, ale wskazuje na dobry obyczaj handlowy. Według niego Kia na podstawie art. 5 polskiego kodeksu cywilnego nie musiała się zgadzać na jego otwarcie. W praktyce rynkowej oczekiwanie Szymczyka jest zresztą na miejscu. Salony dilerów jednej marki zawsze oddalone są od siebie przynajmniej o kilka, a optymalnie o kilkanaście kilometrów. – Podpisując umowę z importerem, braliśmy pod uwagę nie tylko treść umowy, lecz także istniejące w branży zwyczaje – mówi Szymczyk. I dodaje, że gdyby wiedział, że do czegoś takiego dojdzie, na pewno nie wiązałby się z Kią.

Jeżeli Lechowi Szymczykowi uda się pokonać w sądzie importera, może to otworzyć drogę innym dilerom do podobnych procesów. Niezadowolenie sprzedawców aut wobec koncernów jest powszechne. Dilerzy narzekają przede wszystkim na zawyżane plany sprzedażowe i niskie marże. Żaden z nich nie decyduje się jednak na otwartą wojnę, bo to oznacza utratę koncesji. Wynik konfrontacji sądowej jest zaś trudny do przewidzenia, a do tego kosztowny. Pierwsza rozprawa Szymczyk vs. Kia jeszcze w czerwcu.