Nawet 18 proc. wartości auta sprzedawca musi zapłacić dostawcy, jeśli nie odbierze pojazdu na czas. Ten proceder trwa od lat, ale dilerzy boją się kierować sprawy do sądu w obawie o utratę umowy autoryzacyjnej z koncernem.

Mechanizm jest prosty. Importer wysyła informację o dostawie samochodu, a jeżeli diler nie odbierze go na miejscu, naliczana jest kara. Paweł Tuzinek, radca prawny Związku Dealerów Samochodów, twierdzi, że jest to nagminne. Ze względu na tajemnicę zawodową nie może jednak wskazać konkretnych nazw koncernów.

Według Tuzinka takie zapisy to klasyczny przykład nierówności stron w umowie. Importer nie ponosi bowiem żadnej odpowiedzialności finansowej w razie niedostarczenia auta dilerowi.

Wysokość kar zwyczajnie graniczy z wyzyskiem. Kodeks cywilny jasno stanowi bowiem, że kara umowna jest wprawdzie niezależna od wysokości szkody, czyli może ją przewyższać, ale nie może też być rażąco wygórowana.

Większość pytanych przez nas importerów nie skomentowała tej sprawy. Istnieniu takich kar zaprzeczyli tylko Chevrolet, Toyota, Peugeot, Renault oraz BMW.

Największy sprzedawca samochodów na polskim rynku, Skoda, przyznaje, że takie opłaty w tej sieci istnieją. – Tak. Mamy sankcje za nieodebranie pojazdów w określonym czasie bądź niewystawienie pojazdów do oferty dla pozostałych dilerów – mówi Klaudyna Gorzan ze Skoda Auto Polska. Dodaje, że stawka jest stała i liczona za każdy dzień. – Jednakże jej wysokość jest naszą tajemnicą handlową – zastrzega przedstawicielka czeskiej marki. Kara nazywana w Skodzie opłatą postojową została wprowadzona w celu optymalizacji zamówień klienckich i dostawy pojazdów w możliwie najkrótszym czasie.

Kary umowne za nieodebranie pojazdu to tylko jeden z przykładów nierównego traktowania drugiej strony w umowie dilerskiej. Jak twierdzi prawnik ZDS, dużo bardziej dostrzegalnym zjawiskiem jest coś, co można nazwać wykorzystywaniem swojej pozycji. – Trudno nawet w paru zdaniach streścić, w czym to się przejawia. Po prostu cała umowa jest bardzo często jednostronna – mówi. Nie gwarantuje ona dilerowi ani rentowności biznesu, ani nawet zwrotu dokonanych inwestycji. Na własnej skórze przekonali się o tym ostatnio sprzedawcy marki Tata, która po prostu wycofała się z polskiego rynku. Dilerzy, którzy zainwestowali w sieć, zostali zaś na lodzie.