Ładunek wybuchowy niemal całkowicie zniszczył M-ATV. Zginęło pięciu polskich żołnierzy. To pojazd, ktory 61. Pułk Zmechanizowany armii USA uznał za zbyt mało wytrzymały na miny podkładane przez talibów. Na amerykańskich forach wojskowych można przeczytać, że wóz jest nieudanym następcą humvee’go – pojazdu wycofywanego z użytku z powodu niedostatecznego opancerzenia.

Ładunek zdetonowany pod M-ATV ważył więcej niż 100 kilogramów, o czym poinformowało wczoraj dowództwo operacyjne. Jak nieoficjalnie przyznają wojskowi, jego podłożenie było dla rebeliantów poważną operacją logistyczną. Tymczasem została ona przeprowadzona niemal na przedmieściach 140-tysięcznego miasta Ghazni – stolicy prowincji, silnie obsadzonej przez siły NATO i afgańskie. Niedostrzeżenie operacji rebeliantów to poważna wpadka wojskowych służb specjalnych.

Najważniejsza wątpliwość dotyczy jednak jakości wozów M-ATV. Amerykańscy żołnierze skarżyli się na nie w czasie ubiegłorocznej ofensywy antytalibskiej w prowincjach Kandahar i Helmand. Ich opinie są cytowane przez portal Defensetech.org. Według jednej z nich pojazd ma zalety. W porównaniu do większych wozów MRAP jest lżejszy i zwinniejszy (waży jedynie 11 ton, czyli o połowę mniej niż MRAP). Jednak zyskując takie możliwości, stał się mniej odporny na improwizowane ładunki wybuchowe. Na pytania o jakość zadane przez Defensetech.org zarówno producent M-ATV, jak i amerykańskie dowództwo odpowiadają, że spełnia on normy bezpieczeństwa.

Ceniony portal MilitaryTimes publikuje jednak całą serię zdjęć zniszczonych M-ATV i przekonuje, że maszyny nie powinny być używane do operacji bojowych.

Z kolei w marcu dowództwo 61. Pułku Zmechanizowanego USA działającego w afgańskiej prowincji Nangarhar zakazało używania M-ATV. Powodem była ich zbyt słaba odporność na podkładane przez talibów improwizowane ładunki wybuchowe.


Wcześniej w 2010 saperzy armii USA po zbyt dużej liczbie ofiar w M-ATV prowadzili badania, które miały dać odpowiedź, czy wóz powinien być używany. Żołnierze z 61. Pułku opowiadają o przypadkach śmierci żołnierzy w M-ATV do złudzenia przypominające ten z Ghazni.

Jest też druga strona medalu. Jak przekonują wojskowi, którzy służyli w Afganistanie – rebelianci cały czas udoskonalają swoje metody atakowania zachodnich wojsk. Do niedawna nie byli w stanie zniszczyć wozu Rosomak. Udało im się to w 2009 roku, 3 kilometry od niewielkiej polskiej bazy Giro. Od wybuchu dużej masy ładunku zginął wówczas saper z 5. Pułku Inżynieryjnego ze Szczecina, plutonowy Marcin Poręba. Po tym ataku wojsko oficjalnie przyznało, że nie istnieje maszyna, której rebelianci nie są w stanie zniszczyć.

Pięciu polskich żołnierzy, którzy zginęli wczoraj służyło w 20. Bartoszyckiej Brygadzie Zmechanizowanej. Do ataku doszło ok. 10.30 czasu polskiego w prowincji Ghazni, na głównej drodze oznaczonej jako Highway 1. Jechał nią patrol zespołu odbudowy prowincji PRT. Mina eksplodowała pod pojazdem, którym jechali żołnierze ochraniający zespół PRT. Dotychczas w Afganistanie zginęło 30 polskich żołnierzy i cywilny ratownik medyczny.

W październiku prezydent Bronisław Komorowski przedłużył misję Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie do 13 kwietnia 2012 r. PKW ma liczyć do 2500 żołnierzy i pracowników wojska.

Reuters/Forum

Podobny atak na M-ATV miał miejsce w sierpniu pod Kandaharem. Zginęło pięciu żołnierzy USA