Jeszcze pod koniec wakacji w polskiej branży motoryzacyjnej panowały minorowe nastroje. Dilerzy praktycznie każdej marki narzekali na wyraźnie spadającą sprzedaż. Wspólnie z analitykami rynku prognozowali, że ten rok będzie jednym z najgorszych w historii, jeżeli chodzi o liczbę sprzedanych nowych samochodów. Dzisiaj nie są już tak jednoznaczni.

W walce o klientów niespodziewanie zyskali bowiem sojusznika – euro, które w krótkim czasie umocniło się w stosunku do złotówki o ponad 50 groszy. To przyciągnęło do polskich salonów klientów z Zachodu – głównie Niemiec i Słowacji. Kupując dzisiaj nowe auto nad Wisłą, na superluksusowym aucie mogą oszczędzić nawet kilkanaście tysięcy euro.

Klienci nadjechali we wrześniu

Podstawowa wersja BMW 650i coupe u nas kosztuje 413 tys. złotych i zawiera się w niej 23 proc. VAT oraz 18,6 proc. akcyzy. Niemiec kupujący auto otrzymuje zwrot zarówno podatku, jak i akcyzy, a rejestrując pojazd u siebie, opłaca od niego jedynie niemiecki VAT wynoszący 19 proc. Finalnie, przy kursie euro na poziomie 4,5 zł, płaci za samochód niecałe 75 tys. euro, czyli 11 tys. euro mniej, niż gdyby kupował je w niemieckim salonie.

Ale zachodni kierowcy kupują u nas także mniejsze, tańsze i bardziej popularne auta. W ich przypadku oszczędności również są znaczące. Opel astra czy volkswagen passat kupione w Szczecinie kosztują o 5 – 7 tys. euro taniej niż modele z identycznymi silnikami i wyposażeniem kupione w odległym o zaledwie 140 kilometrów Berlinie.


– Pierwsi klienci zza Odry zaczęli się u nas pojawiać we wrześniu. Im słabsza była złotówka, tym więcej ich przyjeżdżało. Tylko w ubiegłym tygodniu sprzedaliśmy Niemcom kilkanaście aut – mówi sprzedawca jednego z salonów Volkswagena położonego przy zachodniej granicy.

Importerzy i dilerzy na razie nie chcą oficjalnie szacować, jak dużo aut uda im się sprzedać w ramach reeksportu. Ale jeśli wysoki kurs euro utrzyma się do końca roku, może ich być nawet kilkanaście tysięcy, czyli ok. 5 proc. całego rynku. To by ich uratowało, bo rynek wewnętrzny wyraźnie hamuje. Do końca października zarejestrowano 225 tys. nowych samochodów osobowych, o 7,3 proc. mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego.

Spadek wrześniowy wyniósł 10 proc., październikowy – już 17 proc. Listopad i grudzień będą jeszcze gorsze, bo miały wysoką bazę – w dwóch ostatnich miesiącach poprzedniego roku polskie firmy kupowały wszystko, co ma cztery koła, kierownicę i osławioną kratkę, aby zdążyć z odliczeniem pełnego VAT-u.

Indywidualnym i firmom tak, brokerom – nie

Reeksport samochodów ma jednak granice. – W Unii obowiązuje wolny rynek i każdy indywidualny czy instytucjonalny klient z innego kraju może kupić auto w polskim salonie. Ale odmawiamy sprzedaży samochodów brokerom, którzy następnie odsprzedają je na innych rynkach – mówi Jerzy Prządka z Citroen Polska.

Takie zasady obowiązują także w innych markach. Wszystko po to, aby nagle nie okazało się że niemieckiemu Citroenowi, Volkswagenowi czy Fiatowi wyrósł konkurent w postaci niezależnej firmy, która masowo kupuje auta w Polsce i sprzedaje je po znacznie niższych cenach niż oficjalni dilerzy.

Kupując BMW 650i w Polsce, Niemiec oszczędza około 11 tys. euro